Seriale

Film, teatr, literatura i inne.
Awatar użytkownika
Mystique
Plutonowy
Plutonowy
Posty: 143
Rejestracja: wt 26 sie 2014, 10:58
Lokalizacja: małopolska

wt 13 cze 2017, 11:18

Stało się...obejrzałam pierwszy sezon Outladera. Niechętnie zabrałam się za ten serial, ale chciałam zobaczyć o co tyle szumu. W dodatku nic innego nie miałam do wyboru. Komentarze, że to harlequin też nie napawały optymizmem. Jak ja się myliłam...
Serial wciąga i to bardzo. Na początku przeraziła mnie liczba odcinków (aż 16!) na sezon. Jestem leniwą osobą, przyzwyczajoną do brytyjskich seriali, które mają po 8 maksymalnie 10 odcinków. Zdecydowałam się jednak podjąć wyzwanie. Strasznie szybko upłynął mi czas, nie czułam żeby odcinki się dłużyły (może oprócz pierwszego). Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale z odcinka na odcinek coraz bardziej lubiłam Outlandera. Outlander jest naprawdę dobry pod względem cliffhangerów i trzymania w napięciu. Nie jest to zwykłe romansidło. Dużo się dzieje: intrygi, konflikty klanowe. Na elementy komiczne też znalazło się miejsce. Serial opowiada także historię Szkocji m.in przygotowania do powstania jakobitów. Można się wiele dowiedzieć o życiu na tym terenie. Wątek historyczny najbardziej podobał mi się w tym serialu. Serial jest piękny od strony wizualnej. Szkocja ma krajobrazy jak z bajki. Kostiumy i wnętrza też świetne. Najlepsza jest jednak ścieżka dźwiękowa. Można poczuć szkocki klimat. Bear McCreary odwalił kawał dobrej roboty. Czołówka zachwycająca. Za każdym razem miałam ciary na plecach. Jednak sprawdza się zasada, że jeśli czołówka jest dobra to serial też. Co dodaje serialowi smaku to użycie języka gaelickiego. Nic nie rozumiałam, ale bardzo spodobał mi się ten język. Po obejrzeniu Outlandera miałam ochotę się go nauczyć. Jedyna uwaga odnośnie języka: brak konsekwencji. Twórcy niepotrzebnie wprowadzili dialogi przeplatane gaelickim i angielskim między rodowitymi Szkotami. Nie widziałam w tym sensu. Jeśli chodzi o szkocki akcent - chwilę mi zajęło przyzwyczajenie się. Teraz jednak uważam, że szkocki akcent to muzyka dla moich uszu. Na początku też narracja głównej bohaterki działała mi na nerwy, bo tłumaczyła według mnie oczywiste rzeczy. Na szczęście jest tak przez kilka pierwszych odcinków. Później narracja występuje rzadko.
Jednak coś co czyni ten serial wyjątkowym jest gra aktorska. Aktorzy sprawili, że postaci są realne, z krwi i kości. Caitriona Balfe jako Claire wypadła znakomicie. Ona jest stworzona do tej roli. Mam nadzieję, że zagra jeszcze w jakimś filmie bo ma ogromny talent. Widać w jej grze szczerość. Sam Heughan także udowodnił, że nie tylko ładnie wygląda, ale także umie grać. Jego gra w ostatnich odcinkach jest niesamowita. Poza tym jaka jest między nimi chemia... <3 Tobias Menzies to kolejny genialny aktor, który świetnie wypadł w podwójnej roli. Miał bardzo trudne zadanie zagrać tak skrajnie różne postaci. Udało mu się. Jako Frank wzbudził we mnie żal, współczułam mu. Nawet byłam w stanie zrozumieć dlaczego Claire go kochała. Jako Black Jack jest demoniczny. Na wyróżnienie zasługuje Graham McTavish w roli Dougala. Dzięki swojej charyzmie kradł każdą scenę. Dawno nie widziałam w serialu tak wspaniałego aktorstwa.
Postaci są świetnie napisane. Claire jest odważna, silna, zaradna i inteligentna. Umie wyleczyć każdą chorobę, zna mniej więcej historię, szybko się adaptuje do nowych warunków. Momentami wychodzi z niej taka Mary Sue. Żeby nie było tak dobrze to nie słucha rad męża, jest uparta i lekkomyślna przez co wpada w tarapaty. Czasem działa szybciej niż pomyśli. Najbardziej podobały mi się rozmowy pomiędzy nią a Jackiem Randallem. Jeden z odcinków praktycznie w całości jest poświęcony przesłuchaniu. Według mnie to był jeden z najlepszych odcinków Outlandera. Aż chciałam żeby trwał dłużej. Nie mogłam usiedzieć na miejscu, obgryzałam paznokcie. Napięcie można było ciąć nożem. Jednak spodziewałam się że Randall zrobi Claire krzywdę. Od początku wiedziałam, że to się wydarzy. On jest zły do szpiku kości, nigdy się nie poprawi. Jemu się nie ufa. Tak w ogóle to on nie wie, że kobiet się nie bije? :evil: Scena ich rozmowy skojarzyła mi się z Milczeniem Owiec. Black Jack pod pewnymi względami przypomina Hannibala Lectera. Jego metody przesłuchań przywodzą na myśl także żołnierza Gestapo. Jack Ranadall...z trudem przechodzi mi napisanie tego nazwiska. Dla przykładu taki George Warleggan z Poldarka to w porównaniu z nim aniołek. Czasem tak mam, że jestem w stanie polubić serialowego złoczyńcę. W tym wypadku definitywnie się nie polubiliśmy. Natomiast Jamie Fraser jest opiekuńczy, czuły i honorowy. Początkowo taki z niego młokos i zawadiaka, później dorośleje. Bez zastanowienia przyjmie karę za kogoś innego, z honorem zniesie chłostę, uratuje swoją ukochaną w ostatniej chwili. W pewnych scenach tylko czekałam aż wpadnie znienacka na ratunek. Może troszeczkę jest uparty i lekkomyślny, ale w porównaniu z żoną wypada blado. Jedyną jego wadą jest to że mógłby mieć więcej wad, bo jest zbyt idealny. W dodatku momentami to takie ciepłe kluchy. Daliby mu też więcej żartów, bo widać że ma poczucie humoru. Ale jak tu się nie zakochać w tej rudej czuprynie <3 Teraz coś o postaciach drugoplanowych. Dougal jest chodzącą zagadką, dba głównie o swoje interesy. Ciężko rozgryźć jego intencje i przewidzieć jego zachowanie. Jest to postać zdecydowanie niejednoznaczna. Tak samo Geillis, która wydaje się skrywać wiele tajemnic. Bardzo ją polubiłam. Leoghaire nie cierpię. Colum to taki dobry przywódca. Ned Gowan postać drugoplanowa ale znacząca, skradł moje serce. Ojciec Bain - normalnie jak hiszpańska inkwizycja. Uwielbiam panią Fitz. Jenny - prawdziwy z niej badass. Możemy także liczyć na comic relief. Murtagh to taka cicha woda. Angus i Rupert to mój ulubiony duet zawsze rzuci jakimś żartem :D . Nie da się ich nie lubić. Kolejną kwestią jest zachowanie bohaterów, które nie do końca jest realistyczne. Jakoś nie mogę uwierzyć, że Claire tak szybko się zaadaptowała, nie była w jakimś wielkim szoku. Rozumiem, że od jej opanowania zależało jej życie, ale nie wiem kto potrafiłby zachowywać się z takim spokojem. Claire miała przygotowaną odpowiedź na każde pytanie. Nie dziwię się że mogła zostać uznana za szpiega. Może po prostu miała dużo szczęścia, że znała mniej więcej historię, była na wojnie i umiała leczyć. Druga scena która mi się wydała nierealna to scena gdy Claire wyjawia Jamiemu, że przybyła z przyszłości, a on przyjmuje tą wiadomość ze stoickim spokojem. Normalnie pomyślałby, że jest psychicznie chora a on jej całkowicie wierzy. Scena wyglądała mniej więcej tak: Więc mówisz że jesteś z przyszłości? Ok, to fajnie. To się nazywa miłość. Ze świecą takiego mężczyzny szukać :D Outlander to serial w konwencji naturalistycznej, więc niech nikogo nie zdziwi widok chorób, brudu, krwawiących ran, otwartych złamań, scen chłosty, tortur i gwałtów. Nie wiem czy tak samo spojrzę na czerwone kurtki. Anglicy są tu przedstawieni w bardzo złym świetle, prawie jak naziści. Nie dziwię się Szkotom, że ich nie lubili. Osobom wrażliwym odradzam oglądanie tego serialu. Dobrze, że nie zabrałam się za Outlandera trzy lata temu, bo nie wiem czy byłabym wystarczająco dojrzała żeby unieść ciężar niektórych scen. Mniej więcej wiedziałam co się wydarzy w ostatnich dwóch odcinkach, ale nawet to nie przygotowało nie na taki poziom brutalności jaki zafundowali mi twórcy. Po zakończeniu pierwszego sezonu pozostał niesmak. Długo dochodziłam do siebie po tych dwóch ostatnich odcinkach. Raczej do nich już nie wrócę. Radzę się psychicznie przygotować, bo jest tam wiele drastycznych scen. Zakończenie pierwszego sezonu było mocne. Jamie dostał się w łapy Black Jacka, po tym jak ten uratował go od stryczka. Gdy Jamie zakładał sznur tylko czekałam jak ktoś wpadnie i powie zatrzymać egzekucje. Ale nie miałam na myśli Black Jacka :( Z deszczu pod rynnę. Jack Randall to gwałciciel, potwór, zwyrodnialec, psychopata, zboczeniec, złoczyńca, diabeł, drań, kat i sadysta. Znalazłoby się jeszcze trochę określeń ale obawiam się że byłyby niecenzuralne. Nienawidzę go! :x Mimo tego nie można odmówić talentu aktorowi wcielającemu się w tę rolę. Sztuką jest zagrać tak złego, odpychającego typa pozbawionego zahamowań i skrupułów jednocześnie nie wpadając w groteskę. Tobias Menzies gra na granicy, ale udało mu się nie przeszarżować tej roli. Dostałam aktorstwo na najwyższym poziomie od całej obsady. Sam Heughan świetnie zagrał upokorzenie, traumę, cierpienie i przerażenie. Po tym odcinku trafił do czołówki moich ulubionych aktorów. Jestem pod wrażeniem jego gry. Sceny tortur były naprawdę realistyczne, musiałam je oglądać prze palce. Bardzo ciężko oglądało się agonię Jamiego. Zbierało mi się na wymioty, byłam w szoku, ale oglądałam dalej. Scena gdy Claire żegna się z Jamiem rozdarła mi serce i prawie się poryczałam. Aktorka doskonale pokazała rozpacz. Wszyscy zagrali bardzo przekonująco. Murtagh na szczęście uratował całą sytuację swoim planem. Scena z bydłem 10/10. Mina Randalla bezcenna. Dobrze mu tak! :lol: Nie wiem czy w zamierzeniu ta scena miała być tak śmieszna ale ja się uśmiałam po pachy. Była przekomiczna. Uratowali Jamiego. Jej! Teraz wszystko będzie dobrze. Myślałam że już po krzyku. W sumie nie było tak źle... Prawdziwa ,,zabawa'' Randalla z Jamiem rozegrała się w kolejnym odcinku w retrospekcjach. Na to nie byłam przygotowana. Nie spodziewałam się, że może być coś gorszego od odcinka 15. Otóż jest: odcinek 16. Myślałam że nie pokarzą gwałtu ze szczegółami i zrobią cięcie w odpowiednim momencie. Pomyliłam się, zamiast tego twórcy poszli na całość. Czułam obrzydzenie. Przez cały czas powtarzałam o nie tylko nie to, to się nie dzieje naprawdę, nie, nie nie...już koniec, ciecie, ciecie, stop STOP!!!. Poziomem perwersji i brutalności ten serial osiągnął poziom Gry o Tron. Pan Christian Grey pod względem perwersji może się schować :P . Nie bez powodu ten serial jest przeznaczony dla dorosłych widzów. Ostrzegam można się nabawić problemów ze snem i koszmarów. Oglądacie na własną odpowiedzialność. W sumie sama się o to prosiłam. Nie byłam przyzwyczajona do aż tak drastycznych scen. Chcę ten widok wymazać z pamięci. Nie musieli pokazywać wszystkiego. Nawet ja mam swoje granice.Outlander obfituje też w odważne sceny erotyczne i nagość. Jeden z odcinków jest prawie w całości relacją z nocy poślubnej. W późniejszych odcinkach też się kilka scen znajdzie. Dobrze, że zrezygnowałam z oglądania z rodzicami, bo chyba zapadłabym się pod ziemię. Jednak bardziej od tych scen podobają mi się sceny kłótni Claire z Jamiem. Nie było ich wiele ale mogłoby być ich więcej bo dodają pikanterii. Wtedy lecą iskry. Na marginesie nie spodziewałam się, że ich małżeństwo będzie zaaranżowane. Myślałam że to będzie miłość od pierwszego wejrzenia. Ale jak mieli to zrobić skoro Claire jeszcze myślała o Franku. Nie powiem twórcy sprytnie to rozwiązali. Zaskoczyli mnie tym jak najbardziej na plus. Jeśli miałabym jednym słowem określić ten serial to byłoby magiczny. Przez cały sezon miałam skojarzenia z Poldarkiem - bo romans w XVIII wieku, z Hobbitem - wyprawy, widoki, magia, Szkoci wyglądają trochę jak krasnoludy. Jeden nawet krasnoluda grał ;). Gra o Tron, Wikingowie - brud i poziom brutalności, Igrzyska Śmierci - Claire bardzo przypomina Katniss pod względem charakteru i temperamentu, aktorki grające ich role z wyglądu też są do siebie trochę podobne. Jest jeszcze Braveheart bo waleczni Szkoci w kiltach. Dodano do tego elementy starych dobrych przygodówek i voila! Wyszedł z tego doskonały miks specjalnie skrojony pod mój gust. W dużej mierze to zasługa Diany Gabaldon. To na podstawie jej książek powstał ten serial. Polecam, obejrzyjcie koniecznie. O tym, że mi się bardzo podobało mówi długość mojego posta :D. Mimo traumy po dwóch ostatnich odcinkach zabrałam się za drugi sezon. Na razie uważam, że było warto. Jak skończę oglądać to może coś więcej napiszę.
Ross Poldark ma konkurencję w postaci rudego Szkota ;)

Awatar użytkownika
Mystique
Plutonowy
Plutonowy
Posty: 143
Rejestracja: wt 26 sie 2014, 10:58
Lokalizacja: małopolska

wt 11 lip 2017, 19:26

Obejrzałam drugi sezon Outlandera. A oto kilka moich przemyśleń:
Na początku byłam lekko zawiedziona. Narzekałam na brak świeżości. Byłam przekonana że to klątwa drugiego sezonu. Akcja dzieje się we Francji. Jak wiadomo Francja to nie to samo co Szkocja, za którą tęskniłam. Brakowało mi szkockiego klimatu i szkockiej muzyki. Z niecierpliwością wyczekiwałam momentu kiedy akcja z powrotem się tam przeniesie. Niestety aby go doczekać trzeba ścierpieć jakieś siedem odcinków ,,Francji elegancji'. Fabuła tych odcinków opiera się głównie na konspiracji i ciągłym spiskowaniu, aby zapobiec powstaniu jakobitów. Po jakimś czasie ten wątek zaczął mnie nużyć. W dodatku z góry wiadomo jak to wszytko się potoczy, bo łatwo przewidzieć efekty tych starań. Gubiłam się, nie mogłam zrozumieć kto, z kim, dlaczego. Akcja przestała mnie ciekawić. Niedogodności wynagradzają na szczęście piękne plenery m.in paryskich ogrodów, bogato zdobione kostiumy oraz wnętrza, które robią wrażenie. Suknie Claire, mimo tego że wyglądały zbyt współcześnie były piękne. Rozczarowała mnie zmiana czołówki na francuską. Jednak wolę wersję z pierwszego sezonu. Na plus wprowadzenie wielu humorystycznych elementów wyśmiewających głównie francuską bezpruderyjność i zwyczaje. Wiele razy się zaśmiałam Scena gdy Jamie poleca królowi owsiankę :ahaha. Jeszcze przezabawna scena depilacji woskiem. Plus przekomiczna sytuacja na balu: To był minister finansów!Wprowadzono nowe postaci. Niektóre z nich wypadają momentami groteskowo. Książę Karol o wyglądzie szczura aka Mark Me! sprawia wrażenie fanatyka i zdesperowanego szaleńca nieznającego szkockich realiów, zupełnie nieprzygotowanego do walki. Taka chodząca karykatura. Czasem mówił jakby był nawiedzony. Kto normalny powierzyłby w jego ręce losy powstania jakobitów? Karol zasłużył na miano najbardziej irytującej postaci w serialu. Miałam ochotę go ukatrupić. Król Ludwik XV to natomiast laluś, nie polubiłam go za jego metody rządów. Ma za to u mnie plusa za ośmieszenie pewnej postaci. Nie zdradzę kogo :P Jest jeszcze Mary Hawkins która sprawiała wrażenie biednej, piskliwej sierotki. To teraz bohaterowie którzy mi się spodobali. Fergus - francuski złodziejaszek, wierny sługa Claire i Jamiego. Uwielbiam tego chłopca, jest taki słodki i uroczy, aż chce się go przytulić <3 Niech Claire i Jamie go adoptują. Ważną postacią jest Siostra Hildegarda. W końcu przedstawiono zakonnice w dobrym świetle. Moim ulubionym bohaterem z Francji jest Mistrz Reymond - lojalny przyjaciel Claire. Chyba też skrywa wiele sekretów. Z czarnych charakterów wpadł mi w oko hrabia St Germain - tajemniczy i niebezpieczny człowiek. O dziwo interesującą postacią okazał się Sandringham z tym jego zamiłowaniem do intryg. Z pewnością barwna z niego osobistość. W tym sezonie czekało mnie też wiele niespodzianek tych pozytywnych i tych mniej pozytywnych. Twórcy oczywiście musieli umieścić w fabule kilka gwałtów, bo to nie byłby Outlander. Czy ktoś z bohaterów nie został chociaż raz w tym serialu zgwałcony? To się staje trochę nudne. Przez tą Francję do polowy sezonu cały czas miałam wrażenie że oglądam inny serial. Zmieniło się też zachowanie głównych bohaterów. Claire sprawiała wrażenie wywyższającej się, dystyngowanej damy. Nie wiem czy to przez te stroje i fryzurę czy właśnie zachowanie, Claire wyglądała jakby zestarzała się o co najmniej 10 lat. Zaczęła mnie irytować swoją lekkomyślnością, egoizmem i brakiem odpowiedzialności. Jamie stał się totalnym pantoflarzem. Tak w ogóle to co oni zrobili mu z fryzurą? Wyglądał jak cherubinek. Jakby nagle stracił swoją męskość. Wiem że Francja wymagała ułożonej fryzury, ale jest ona kompletnie nietwarzowa. Zdecydowanie wolę go w szkockim wydaniu ze zmierzwiona rudą czupryną, umorusanego w błocie i we krwi. Natomiast moją ulubioną postacią serialu stał się niespodziewanie Murtagh. Jego sarkastyczne teksty i cięte riposty są genialne. Uwielbiam jego poczucie humoru. To dla niego warto oglądać ten sezon. Ta część serialu mimo tego, że akcja dzieje się we Francji broni się doskonałą grą aktorską i wprowadzeniem nowych interesujących postaci. Mimo, że początkowo mi się nie spodobała to z biegiem czasu uznałam, że to była jednak miła odskocznia. We Francji miał miejsce także siódmy odcinek, który zapadł mi w pamięć. Był naprawdę emocjonalny.Caitriona świetnie ukazała rozpacz Claire po stracie dziecka. Płakałam :cry: Tylko jedna rzecz mnie zastanawia: czy w każdym melodramacie obowiązkowo musi być ukazana strata dziecka? Ten wątek był do przewidzenia. Po powrocie do Szkocji akcja nabrała tempa. Nawet czołówka została zmieniona na tą szkocką. Odetchnęłam z ulgą. Miło było wrócić na stare śmiecie, do domu, do znajomych miejsc. Bardzo tęskniłam za starymi postaciami. Wspaniale było ich znowu zobaczyć. To uczucie jakby się odwiedziło dawno niewidzianych przyjaciół. Główni bohaterowie wydają się tak prawdziwi. Jamie zmienia fryzurę na normalną i od razu staje się doskonałym przywódcą. Ukazano ewolucję postaci. Widać jak Jamie wydoroślał. Wystarczy porównać Jamiego z pierwszej serii a tego z drugiej. Ten z drugiej potrafi postawić się nawet wujowi. Claire znowu jest w swoim żywiole, a jej pomysłowość i talent aktorski ratuje Szkotów z opresji. Wszystko wraca do normy. Świetnie ukazano sceny bitewne, napięcie potęguje idealnie skomponowana muzyka. Miałam wrażenie, że oglądam dobry film wojenny. Wiele razy się wzruszyłam. Radzę przygotować paczkę chusteczek. Nie spodziewałam się że Angus zginie. Będzie mi go brakować. Biedny Rupert został sam bez przyjaciela. Ten odcinek mnie zniszczył. Naprawdę płakałam. Jeśli chodzi o zakończenie to chyba przepłakałam cały odcinek. Dawno nie płakałam tak na żadnym filmie i serialu. Dobrze że byłam sama w domu :D Oto parę moich przemyśleń odnośnie zakończenia:Wiedziałam, że scena rozstania jest nieuchronna. Była tak dobrze zrobiona, że aż się łezka w oku zakręciła. Przysięgałam sobie, że nie będę płakać, ale na scenie gdy Claire odwiedza grób Fraserów nie wytrzymałam. Później czekał mnie zwrot akcji, że Jamie jednak żyje. Wydaje mi się to trochę naciągane. Kolejnym zaskoczeniem było morderstwo Dougala. Był jaki był, ale było mi go szkoda. Już nie będzie kto miał mącić. Dziwię się, że Claire tak późno wpadła na pomysł otrucia księcia. Wiem, że to miała być ostateczność. Mark me! Ja na jej miejscu zrobiłabym to dużo wcześniej. Czy wspominałam już że miałam ochotę ukatrupić tego księciunia? Dostajemy także wyjaśnienie wątku Geillis, bo w przyszłości akcja dzieje się w 1968 roku. Trochę się czepiam, ale mogli bardziej postarzyć Caitrionę. Przecież minęło 20 lat! Choć muszę przyznać, że w tym wydaniu przypomina Cate Blanchett. Caitriona dała popis swojego aktorstwa w tym odcinku ukazując kontrast pomiędzy młodą Claire a starszą Claire. Widać różnicę w ich zachowaniu. Brianna natomiast strasznie mnie irytowała. Nie wiem czy to wina aktorki, czy źle napisanej postaci. Może taka miała być. Nie dziwię się jednak jej reakcji na wieść że jej matka przeniosła się w czasie. Trudno mi ocenić tą postać po jednym odcinku. Zobaczę jak jej wątek będzie się rozwijać w trzecim sezonie. Moje serce skradł Roger swoim poczuciem humoru. Uroczy z niego Szkot. Nie podobała mi się natomiast ostatnia scena. Ten anielski śpiew i światło wydobywające się z kamieni. Zaleciało trochę kiczem. W drugiej części sezonu zostałam pozytywnie zaskoczona. Ogólnie ta seria z pominięciem części we Francji był równie dobra jeśli nie lepsza od pierwszej. Rzadko się to zdarza w przypadku drugiego sezonu. Część w Szkocji była doskonałą nagrodą po części we Francji, więc radzę się nie zrażać pierwszymi odcinkami. Może wam akurat spodoba się Francja. Kwestia gustu. Oglądanie Outlandera było niesamowitym przeżyciem. Mam apetyt na więcej. Serial ten udowodnił że właśnie nastąpiła złota era telewizji. Trudno znaleźć tak dobrą jakość w dzisiejszych filmach.
Jestem ciekawa trzeciego sezonu, szczególnie charakteryzacji. Muszą postarzyć Claire i Jamiego o 20 lat! Nie wiem czy tak samo dobrze będzie mi się to oglądać jak pierwszy i drugi sezon. Wątpię żeby był tak dobry, może się mylę. Trzeci sezon brzmi trochę jak jakieś fanfiction. Według mnie historia byłaby lepsza gdyby nie ciągnęli na siłę kolejnych sezonów, ale poprzestali na dwóch. Jest to jednak niemożliwe, bo serial jest na podstawie książek, które muszą zekranizować. Boję się że Outlander straci na swoim uroku, bo podobno akcja w dużej merze ma się dziać na Jamajce a nie w Szkocji. A przecież w tym serialu Szkocja odgrywa ważną rolę i jest jego największą zaletą. Mam nadzieję że moje obawy się nie spełnią i że twórcy pozytywnie mnie zaskoczą.

Pojawił się już zwiastun do:
-trzeciego sezonu Outlandera
https://youtu.be/O5fCpA5-Rjo

-oraz do trzeciego sezonu Poldarka
https://youtu.be/pU_5njElbDQ
Podobno w tym sezonie część odcinków będzie mieć miejsce we Francji. Oby to nie wpłynęło źle na fabułę tak jak w drugim sezonie Outlandera.

Awatar użytkownika
MalaOfelia
Kapitan
Kapitan
Posty: 856
Rejestracja: czw 14 sie 2014, 16:13
Lokalizacja: Gdańsk

ndz 23 lip 2017, 18:02

Trailer do Stranger Things sezon 2

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=NkIYLuCbU7E[/youtube]
"You cannot, sir, take from me any thing that I will more willingly part withal—except my life, except my life, except my life."
Obrazek

Awatar użytkownika
Mystique
Plutonowy
Plutonowy
Posty: 143
Rejestracja: wt 26 sie 2014, 10:58
Lokalizacja: małopolska

śr 23 sie 2017, 12:07

Kiedyś myślałam, że Poldark jest najlepszym serialem kostiumowym. Później byłam przekonana że to jednak Outlander. Ostatnio obejrzałam serial Black Sails i trudno byłoby mi wybrać faworyta.
Pierwsze co mi się spodobało w tym serialu to konwencja. Temat piractwa jest tutaj traktowany poważnie, nie to co w Piratach z Karaibów. W serialu dostajemy mix postaci prawdziwych i tych fikcyjnych. Są piraci którzy naprawdę żeglowali po morzach w XVIII w. oraz postaci nawiązujące do Wyspy Skarbów. Black Sails jest prequelem do akcji która dzieje się w książce. Bardzo spodobał mi się ten pomysł. Aktorstwo stoi na wysokim poziomie szczególnie po męskiej stronie obsady. Cieszę się, że twórcy postawili na raczej mało znanych aktorów. Toby Stephens w tym serialu daje popis swoich możliwości. Rozpływam się nad jego grą aktorską i ekspresją. Sprawił że postać kapitana Flinta jest charyzmatyczna. Wierzymy mu w każde słowo. Nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. Brawa dla tego aktora, bo to głównie na jego barkach spoczywa ciężar tego serialu. Moim odkryciem aktorskim stał się Luke Arnold wcielający się w Johna Silvera. Doskonale ukazał przemianę swojego bohatera. Jakby zagrał dwie różne postaci. Widać kontrast pomiędzy ,,starym'' a ,,nowym'' Silverem. Mam nadzieję że zobaczę więcej produkcji z jego udziałem. Jest jeszcze Toby Schmitz który wcielił się w Jacka Rackhama. Uwielbiam tego człowieka. On po prostu odstawia w tym serialu jakąś maestrię. W trzecim sezonie spodobała mi się także gra Luke'a Robertsa który zagrał złego Woodesa Rogersa.
Jeśli chodzi o postaci to naprawdę widać głębię psychologiczną. Kapitan Flint jest bohaterem skomplikowanym, skłóconym wewnętrznie. Mimo czynów przez niego popełnionych wciąż mu kibicujemy. Wyróżnia się na tle innych piratów. Zawdzięcza to swojej przeszłości, był oficerem marynarki wojennej. Silver natomiast jest człowiekiem znikąd, niewiele o nim wiemy. Na początku myśli tylko o sobie, jest egoistyczny, manipuluje ludźmi, kłamie, dba o swój interes. Zaimponowała mi natomiast jego inteligencja i przebiegłość. Pomimo tego w pierwszym sezonie był najbardziej antypatyczną i irytującą postacią w tym serialu. W drugim sezonie oglądało go się o wiele przyjemniej, szczególnie w przekomicznych scenach pomiędzy nim a Flintem. Zaczęłam go lubić. Później przechodzi ogromną przemianę. W trzecim i czwartym sezonie to już kompletnie inny człowiek. Zmiana oczywiście na plus. Staje się odpowiedzialny i zaczyna troszczyć się o innych członków załogi. To jest chyba najlepiej ukazana ewolucja postaci jaka do tej pory widziałam w serialu. Zwracam honor. Od trzeciego sezonu Silver stał się moją ulubioną postacią. Zmieniłam o nim zdanie głównie dzięki scenie w tawernie: gdy zabił Dufrensea metalowa protezą. Cala ta scena to istny majstersztyk. Brawo Silver. Prawdziwy badass :bic Miałam ciary na plecach. Równocześnie cieszyłam się, że załatwił tego tchórza. Należało mu się. Tak kończą zdrajcy.W pierwszym i w drugim sezonie byłam team Flint, w trzecim i w czwartym już team Silver. Flint, wybacz mi :D Nie wspominając o tym jak uwielbiam przyjaźń między Flintem i Silverem, która oparta jest na wzajemnym szacunku i zrozumieniu. Chyba jeden z moich ulubionych bromanców. Kolejną moją ulubioną postacią jest Jack Rackham, który też przechodzi przemianę. Z nieudacznika staje się prawdziwym piratem. Jack ma także najlepsze teksty, jest bardzo zabawny no i ma styl. Uwielbiam jego relacje z Anne Bonny, która ma charakterek. Z damskich postaci to ona najbardziej mi się spodobała. Charles Vane w pierwszym sezonie sprawiał wrażenie niezbyt myślącego brutala. Później zmieniłam o nim zdanie, bo okazał się bardzo inteligentny, odkupił swoje winy. Naprawdę szkoda że go powiesili. Brakowało mi go w czwartym sezonie. Nie cierpię Eleanor za to co mu zrobiła. Umarł król, niech żyje król! Eleanor Guthrie może nie wyglądać na przywódczynie piratów, ponieważ jest delikatną blondynką. Pozory mogą mylić. Wiele osób narzeka na grę aktorki, a mi się wydaje, że taka miała być postać, udająca silniejszą niż jest w rzeczywistości. Najbardziej irytowała mnie Max z tym swoim dziwnym akcentem. Choć nie sposób odmówić jej przebiegłości, bo umiała się ustawić. Pod tym względem jest bardzo podobna do Silvera. W czwartym sezonie przestała mnie tak irytować, stała się dla mnie neutralna. Uwielbiam Madi, księżniczkę maronów. Jest opanowana i bije od niej mądrość i ciepło. Billy Bones w pierwszym sezonie sprawiał wrażenie mało rozgarniętego i był dość nijaką postacią. Później jednak go polubiłam. Znienawidziłam go pod koniec czwartego sezonu. Nie zdradzę dlaczego. Woodes Rogers jest postacią niejednoznaczną. W jednych scenach przerażał, w innych czułam do niego współczucie i nawet sympatię. Jest jeszcze wiele postaci drugoplanowych które wpadły mi w oko: Miranda Barlow, Gates, Dufresne - tu też ogromna przemiana, ale na gorsze. Postać która mnie denerwowała jeszcze bardziej niż Max. Do tego jeszcze Ned Low (który według mnie mógł trochę dłużej pobyć na ekranie), Czarnobrody - jego też można było lepiej wykorzystać, Hornigold, Scott, lord Hamilton, lord Ashe. Jedynie wątek pastora wydawał mi się kompletnie bez sensu.
Od strony wizualnej serial stoi na wysokim poziomie. Choć zdjęcia były kręcone w RPA mi to zupełnie nie przeszkadzało, bo ma się wrażenie że to naprawdę Karaiby. Widać że w następnych sezonach twórcy mieli większy budżet, patrząc po skali bitew morskich, które robią wrażenie. Zrobili nawet replikę statku z XVIII w. W tym serialu widać rozmach którego nie powstydziłby się żaden film. Sceny w których użyto CGI nie kłują w oczy. Jestem dość uwrażliwiona na tym punkcie, więc to duży komplement. Sztorm wyglądał jak prawdziwy. Scenografia jest piękna. Nassau wygląda tak jakby mogło wyglądać w tamtych czasach. Spodobała mi się choreografia walk i scen abordażu, które wypadły bardzo realistyczne. Serial Black Sails ma przecudowny soundtrack, który nadaje specyficzny klimat. Myślałam że soundtrack do Outlandera jest świetny, teraz uważam, że Black Sails jest o wiele lepszy. Co się dziwić, ten sam kompozytor go tworzył - Bear McCreary. Chyba zacznę pisać peany na jego cześć, bo cały czas maltretuję ten soundtrack. Czołówka jest bardzo oryginalna i według mnie jest jedną z najlepszych jakie widziałam (obok tej z Outlandera i Poldarka oczywiście). Na początku nie byłam do niej przekonana, później nie mogłam przestać jej nucić. Bear wykorzystał mało znany instrument lirę korbową, która nadaje bardzo egzotyczne brzmienie.
Żeby nie było że same ochy i achy wymienię teraz rzeczy które mi się nie spodobały. Pierwszy sezon był bardzo nudny. Gdzieś do piątego odcinka zmuszałam się do oglądania tego serialu. Miałam ochotę go porzucić. Postaci wydawały się antypatyczne, nie było komu kibicować oprócz postaci kapitana Flinta. Akcja rozkręcała się powoli. Było bardzo mało scen na morzu. Więcej rzeczy działo się na lądzie. Same układy, wątki rodem z telenoweli dużo gadania, mało działania i przygotowania do wyprawy. Czekałam aż w końcu wypłyną w to morze. Było to bardzo męczące. Niektóre sceny były absurdalne np.scena gdy Charles Vane zmartwychwstał z grobu. Okazuje się, że jest on nieśmiertelnym piratem. Żeby wykopanie się z grobu było takie proste... Jeszcze po drodze załatwił kilku gości. Gdy rozwinęła się jakaś akcja wydawać by się mogło że pierwszy sezon się skończył zanim na dobre się zaczął. Służył raczej przedstawieniu bohaterów i realiów. Takie preludium do właściwej historii. Dobrze, że przebrnęłam przez te odcinki i nie zraziłam się, bo potem już było tylko lepiej, aż do końca trzeciego sezonu, który był chyba najlepszy. Pierwsze dwa sezony przypominały zabawę w piratów, następne dwa były zdecydowanie bardziej mroczne. Czwarty sezon też był dobry, ale trochę zbyt filozoficzny i przegadany. W dodatku towarzyszyło mi uczucie smutku, że serial się kończy. Jeśli chodzi o zakończenie nie spodziewałam się że będzie otwarte. Można je różnie interpretować. Jest słodko - gorzkie. Wolałabym bardziej konkretne zakończenie, ale no cóż skoro tak to wybieram bardziej tragiczną wersję. Ostatnie odcinki różniły się tonem od tych poprzednich. Nie podobało mi się też wytłumaczenie motywacji Flinta oraz wciskanie na siłę wątków homoseksualnych i romantycznych trójkątów. Wydawało się mi to mało prawdopodobne jak na tamte czasy. W końcu się okazało że każdy przespał się z każdym. Na szczęście stanowi to niewielką część serialu, więc można na to przymknąć oko. Dialogi ogólnie były bardzo inteligentne, choć czasami wydawały się zbyt skomplikowane i zawiłe. W czwartym sezonie zaczęły mnie trochę męczyć te wszystkie zmiany stron i intrygi. Okazuje się że wszyscy piraci oprócz Flinta są jak chorągiewki. Jeśli ktoś oczekuje serialu historycznego zgodnego z realiami to się rozczaruje, bo wiele rzeczy się nie zgadza, w dodatku postaci często przeklinają i używają nazbyt współczesnego języka. Mi to jednak nie przeszkadzało. W dodatku jak na serial o piratach to więcej tu polityki i walki o wpływy w Nassau niż plądrowania statków. Anglicy wierni Koronie podobnie jak w Outlanderze są tu przedstawieni w złym świetle. Są bardziej okrutni od samych piratów. Jest to ciekawe, bo to piraci powinni siać postrach. Z wyjątkiem Neda Lowa piraci wydają się być wręcz sympatyczni :D
Mimo tych wad polecam ten serial, ponieważ jest inteligenty, pełen zapadających w pamięć scen. Będę jeszcze wiele razy do niego wracać. Na razie jestem w żałobie, bo czwarty sezon był ostatnim.
Widać, że twórcy włożyli dużo pracy w tą produkcję. Szkoda, że ten serial jest tak bardzo niedoceniany. Gdyby nie to że kiedyś się bardzo nudziłam i nie miałam nic innego do oglądania, pewnie bym na niego nie trafiła. Serial był emitowany od 2014 r, a ja dopiero teraz się o nim dowiedziałam. Pewnie to wina reklamy i marketingu. Nie jest tak popularny jak Gra o Tron, a nie wiem czy nawet nie jest od niej lepszy. Jak wcześniej temat piractwa jakoś mnie bardzo nie interesował, tak po tym serialu zaczęłam zgłębiać wiedzę na temat piratów. Idealny serial na lato. Black Sails mi się spodobało, bo w porównaniu z takim Outlanderem romansu tu niewiele (romansidła już mnie trochę znudziły), a ja szukałam dobrego serialu przygodowego i chyba znalazłam.

Awatar użytkownika
Mystique
Plutonowy
Plutonowy
Posty: 143
Rejestracja: wt 26 sie 2014, 10:58
Lokalizacja: małopolska

pt 15 wrz 2017, 22:08

Po raz kolejny muszę zdać relacje z obejrzanych seriali. Trochę się ich uzbierało :D

Poldark sezon 3 - mam dość mieszane uczucia. Pierwszy sezon był genialny, następne dwa niestety coraz bardziej zaczynają przypominać telenowelę. Brakowało mi rozmów na temat kopalni, więcej było gadania o polityce. Ciągłe zdrady i mezalianse powoli zaczynają już męczyć, a to na tym głównie skupił się ten sezon. Pytanie co twórcy pokażą w następnych sezonach, trochę się o to martwię. Para głównych bohaterów w ostatnich odcinkach trochę działała mi na nerwy. Nie mówiąc już o Elizabeth, którą kompletnie znienawidziłam w tym sezonie. Wina Georga. To jego towarzystwo źle na nią wpływa. George oczywiście jest największą gnidą w całej Kornwalii, ale oglądanie go spiskującego jest fascynujące. Jest on bardzo skomplikowaną postacią i w jednej scenie nawet mu współczułam. Brakowało mi Juda. Została Prudi, ale to już nie to samo. Cały komizm skupiał się na tej dwójce. Później zostaje wprowdzony Thully, który chyba ma być następcą Juda. Nawet go polubiłam, mimo że wygląda jak stereotypowy pirat. Dodano nowe postaci które trochę urozmaiciły fabułę m.in Morwena, Drake (moja nowa ulubiona para) Sam, wielebny Withworth, Hugh Armitage. Podobały mi się sceny akcji, chociaż momentami były naciągane. Nie rozumiem postępowania Rossa, jak on może jeszcze czuć coś do Elizabeth. Co on w niej widzi? Myślałam że ich romans ostatecznie zakończył się w tamtym sezonie. Ile można ciągnąć ten wątek :roll: Najlepszą postacią trzeciego sezonu okazała się ciotka Agatha. Uwielbiam jej docinki skierowane w stronę Georga. Ona jest głosem widzów Musieli ukatrupić jedną z moich ulubionych postaci :cry: Będzie mi jej brakować. Ten serial bez niej już nie będzie taki sam. Dostarczyła mi sporą dawkę humoru. I kto teraz będzie się naśmiewać z Georga? Mam nadzieję że będzie go nękać jako duch :twisted: Aktorstwo jak zawsze na najwyższym poziomie. Aidan jest dalej w formie, bo potrafi zagrać naprawdę wkurzającą i pragmatyczną osobę. W tym sezonie momentami Rossa lubiłam, w innych nienawidziłam.

Tabu - w skrócie akcja dzieje się na początku XIX w. James Delaney (Tom Hardy), przez wszystkich uznany za zmarłego wraca z Afryki do Londynu na pogrzeb swojego ojca. Spotyka tam swoją dawną miłość Zilphę, okazuje się, że nadal darzy ją uczuciem, mimo że jest jego przyrodnią siostrą. W spadku dostaje przesmyk Nutka, terytorium sporne o które walczą trzy strony: Brytyjczycy, Amerykanie i Kompania Wschodnioindyjska. Fabuła trochę przypomina Poldarka, tylko że to jest bardzo, ale to bardzo mroczna wersja Poldarka. James w sumie ma wiele cech wspólnych z Rosem, jest introwertykiem, awanturnikiem, mrukiem zamkniętym w sobie. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Pierwszy odcinek trochę mnie rozczarował, nie miałam wielkiej chęci oglądać dalej. Ledwo przebrnęłam przez następne dwa odcinki. Postanowiłam jednak kontynuować ze względu na mroczny klimat, który mnie wciągnął. Jest to bardzo naturalistyczny serial z dużą ilością brudu i błota. Minusem jest niestety scenariusz, jednak doceniam, że jest oryginalny a nie na podstawie książki, co żadko się zdarza. Akcja rozkręcała się bardzo powoli, niektóre wątki nie zostały wyjaśnione do końca (mam nadzieje że to się stanie w drugim sezonie), fabuła była bardzo zagmatwana, momentami serial był nudny i wydawał się bezcelowy. James sprawiał wrażenie superbohatera, który potrafi przewidzieć każdy krok przeciwnika, wszytko mu się udaje i ma wszystko zaplanowane. Albo jest taki cwany albo rzeczywiście przewiduje przyszłość. Brakowało mi też więcej elementów komediowych, bo serial traktuje siebie zbyt poważnie. Według mnie jednak opłaciło się oglądać, bo w siódmym i ósmym odcinki wiele się dzieje i jest jakaś porządna akcja. No i są statki. Każdy serial z okrętami staje się od razu lepszy.
Nie jestem w stanie przekonać się całkiem do gry Toma Hardy'ego, bo uważam że w każdym filmie lub serialu gra podobnie, ten sam typ twardzieli. Może za mało filmów widziałam z jego udziałem. Mimo to nie wiem kto lepiej pasowałby lepiej do tej roli. Denerwuje mnie trochę jego maniera, czyli ciągłe pomruki i chrząkanie. Po obejrzeniu tego serialu łapię się na tym że sama wszystkim odpowiadam Mhm :shock: To jest zaraźliwe :lol: Co jak co, ale Tom ma przeszywające spojrzenie i głos przyprawiajacy o ciarki na plecach. Muszę też przyznać, że Tom urzekł mnie swoją grą gdy miał ukazać wrażliwszą stronę Jamesa (czyli dopiero gdzieś w ósmym odcinku). Dowiedziałam się w końcu, że James posiada jakieś ludzkie odruchy. Nie podobała mi się postać Zilphy. Nie wiem czy to wina scenariusza czy gry Oony Chaplin. I znowu tu się pojawia syndrom Poldarka: co główny bohater w niej widział? Więcej chemii jest w interakcjach pomiędzy Jamsem a Lorną Bow, która jest aktorką i jego macochą (ale nie taką jak myślicie), moją ulubioną postacią. Potrafi ściągnąć Jamesa na ziemię i zmobilizować do działania. Chyba jest jedyną osobą która się go nie boi i choć trochę rozumie. Na początku serialu nie ufałam jej, później zyskała całe moje poparcie. Mam nadzieję że w drugim sezonie będzie coś pomiędzy tą dwójką. Jessie Buckley świetnie wcieliła się w Lornę. Mam porównanie bo oglądałam ją w Wojnie i Pokoju, potrafi zagrać tak skrajnie różne postaci. Spodobali mi się tez inni bohaterowie, którymi otacza się Delaney takie jak Brace, jego wierny sługa, prostytutka Helga, płatny morderca Atticus i szpieg gej Godfrey. Grupa wyrzutków, którzy tak naprawdę są pionkami w grze Jamesa i częścią jego genialnego planu. Dobrze zagrał Tom Hollander, chociaż mam wrażenie że wciela się któryś raz z rzędu w tą samą postać (patrz Corky z Nocnego Recepcjonisty) . Podobnie Jason Watkins który znowu gra tego złego. Dla mnie chyba na zawsze pozostanie Herrickiem z serialu Być człowiekiem. Nic nie mogę na to poradzić. Mark Gattis wcielił się w księcia regenta, według mnie wypadł bardzo karykaturalnie, ale to chyba wina charakteryzacji. Chcieli go na siłę pogrubić i ta maska rzucała się zbytnio w oczy, by traktować tą postać na poważnie. Wszyscy zachwycają się grą Toma, ale show kradnie Johnatan Pryce, który gra szefa Kompanii Wschodniindyjskiej. Jego gra to po prostu mistrzostwo.
Wprowadzono także elementy nadprzyrodzone, mistyczne. Delaney widzi w swoich wizjach zjawy, bo odprawia rytuały voodu. Te sceny naprawdę wprowadzają grozę i są dobrze zrobione, tylko mam wrażenie że nie popychają zbytnio fabuły do przodu. Na plus ładne zdjęcia, kostiumy, scenografia - czuć smród XIX wiecznego Londynu. Nastrój buduje także ścieżka dźwiękowa i czołówka, która przypadła mi do gustu.
Jeśli komuś się spodobał serial Black Sails, Poldark to ten też powinien się sprawdzić. Myślę że może się sprawdzić jako zamiennik tych dwóch. Większość ludzi pisze, że klimatem najbardziej przypomina Peaky Blinders i Penny Dredful, ale tych seriali jeszcze nie widziałam, więc się nie wypowiem. Ostatni odcinek narobił mi smaka i zachęcił do śledzenia kolejnych sezonów. Jestem ciekawa jak dalej potoczy się akcja. Tym samym podwyższył moją ocenę tego serialu. Ogólnie czegoś mi w Tabu zabrakło, ale kilka scen utkwiło mi w pamięci. Nie uważam tego serialu jak niektórzy za arcydzieło, ale według mnie jest co najmniej dobry.

Ostatnio mam fazę na mroczne seriale historyczne i kostiumowe dla dorosłych. The Last Kingdom, Vikings, Banished, Turn, Peaky Blinders, Penny Dredful, Jane Eyre to tylko kilka tytułów które muszę obejrzeć w najbliższym czasie.

Wojna i Pokój - szczerze miałam ten serial oglądać ze względu na Jamesa Nortona, który wcielił się w księcia Andrieja Bolkonskiego, ale ostatecznie zostałam oczarowana przez Paula Dano, który wcielił się w Pierre Bezuchowa. Bardzo dobrze zagrał też Jack Lowden jako Nikolaj Rostow. Z damskiej części obsady najlepiej spisały się Jessie Buckley jako Maria Bolkonska i Tuppence Middleton jako Helena Bezuchowa. Lily James także dobrze ukazała dziewczęcą stronę Nataszy Rostowej. Pierwszy odcinek trochę mnie znudził, ale później było już tylko lepiej. Sceny batalistyczne wypadły znakomicie. Scenografia, zdjęcia, wnętrza i kostiumy były przepiekne. Spodobały mi się krajobrazy, które były kręcone po części na Litwie. Muszę wspomnieć też o niesamowitej ścieżce dźwiękowej, która skomponował Martin Phipps, wplatając pieśni wykonywane przez litewski chór, które wprowadzają niesamowity nastrój.

Most nad Sundem - miałam opory przed obejrzeniem kryminału, który nie jest w języku angielskim, niepotrzebnie. Jest to koprodukcja szwedzko - dunska. Szybko przyzwyczaiłam się do języka, wręcz pokochałam. Jest to kryminał nietypowy bo mamy tu szwedzką detektyw Sagę Noren ( Sofia Hellin), która cierpi na zespół Aspergera, łagodną odmianę autyzmu (choć w serialu nie jest to powiedziane wprost). Trudno jej zrozumieć innych ludzi, często zachowuje się jakby była pozbawionym emocji robotem. Jest perfekcjonistką, godzinami przebywa w pracy i jest przy tym niezwykle skuteczna. Musi zbadać sprawę morderstwa na tytułowym moście. Dołącza do niej detektyw z Danii Martin (Kim Bodnia), który jest jej kompletnym przeciwienstwem. Będzie to początek nietypowej współpracy, a nawet przyjaźni. O dziwo było w tym serialu wiele zabawnych scen między Sagą i Martinem, gdy ten próbował ją nauczyć jak funkcjonować w społeczeństwie. Nie spodziewałam się, że zakończenie będzie tak naładowane akcja i pełne emocji. Klimat jest dość depresyjny, ale ja lubię takie kryminały. Zagadka kryminalna bardzo wciąga, nigdy bym nie zgadła kto jest seryjnym mordercą. Jedynie w drugim sezonie nie spodobało mi się zakończenie, bo było otwarte. Uwielbiam też tą melancholijną czołówkę. Most nad Sundem bardzo przypominał mi serial The Killing, który jest moim ulubionym serialem kryminalnym, niestety skończył emisję parę lat temu. Most ma szansę stać się jego dobrym zamiennikiem. Podobieństwo rzuciło mi się w oczy szczególnie, w trzecim sezonie do Sagi dołączył nowy partner Henrik (Thure Lindhart). Zastanawiałam się czy oglądać dalej bo wydawało mi się że to nie będzie to samo. Ubolewałam, że nikt nie będzie lepszy od Bodni myliłam się i to bardzo. Thure zagrał fenomenalnie. W efekcie wolę teraz Henrika od Martina, o którym w trzecim sezonie po paru odcinkach zapomniałam. Henrik i Saga tworzą świetna parę detektywów, doświadczoną przez los, którzy się nawzajem rozumieją i wspierają. Coś jak Linden i Holder z The Killing. Henrik i Holder nawet z wyglądu są podobni, w dodatku jeden i drugi jest uzależniony od narkotyków. Saga Hellin jako Saga wypada bardzo realistyczne. Nie mogłam wyjść z podziwu gdy obejrzałam wywiad gdzie mówi normalnie i zachowuje się normalnie. Nie mogłam uwierzyć że to ta sama osoba. Tym razem nie obejrzę brytyjskiego remake'u. To jest pewne. W tym wypadku ta wersja jest jedyną słuszną wersją.

Awatar użytkownika
Mystique
Plutonowy
Plutonowy
Posty: 143
Rejestracja: wt 26 sie 2014, 10:58
Lokalizacja: małopolska

wt 24 paź 2017, 13:52

Skoro już jestem na fali seriali historycznych sięgnęłam po kolejną produkcję z tego rodzaju - The Last Kingdom i mam dość mieszane odczucia.
Z jednej strony serial jest świetny pod względem wizualnym m.in są tam piękne krajobrazy. Aż musiałam sprawdzić gdzie go kręcili. Okazało się że nie w Wielkiej Brytanii, lecz na Węgrzech. Praca kamery, zdjęcia są na wysokim poziomie jak w każdym serialu BBC. Nie byłam przekonana początkowo do czołówki i muzyki, ale po pewnym czasie się w niej zakochałam, bo jest bardzo klimatyczna, wręcz magiczna. Scenografia wydaje się być realistyczna, te wszystkie wioski i zamki prezentują się bardzo dobrze. Pod względem historycznym The Last Kingdom wypada interesująco, bo przybliża widzowi czasy walk pomiędzy Anglo - Sasami a Wikingami, ich rytuały, wierzenia, codzienne życie, techniki walki. Można w nim znaleźć kilka ciekawych faktów. Nie powinno się go traktować jako jedyne źródło wiedzy, raczej jako wariację na dany temat, ale uważam że pod względem merytorycznym jest naprawdę wartościowy. W dodatku ten serial jest przydatny, bo akurat na studiach omawiam ten okres czasu, więc mam jakiś punkt odniesienia, wczuwam się w ten klimat. Wiem że The Last Kingdom to głównie fikcja, ale mam ochotę bardziej zgłębić temat Anglo - Sasów. Muszę dodać, że serial jest na podstawie książek. Aktorsko wyróżniają się aktorzy wcielający się w Leofric'a, Alfreda i ojca Beocca. I to by było na tyle zalet.
Serial pod względem scenariusza jest nierówny. Fabuła jest dosyć prosta. Niektóre sceny były bardzo dobre i zapadające w pamięć, inne były głupie, przewidywalne, bez sensu lub po prostu nudne. Niekiedy łapałam się na tym, że serial oglądałam kątem oka, robiąc w tym samym momencie co innego. Przez jakieś pięć lub sześć odcinków zmuszałam się żeby oglądać dalej, dopiero w dwóch ostatnich odcinkach akcja jakoś ruszyła do przodu i serial się rozkręcił. Czyżby podobny wzór we wszystkich serialach historycznych? W takim razie może dam temu serialowi szansę i obejrzę drugi sezon. Niestety największą wadą tego serialu są dialogi, które są momentami naprawdę drętwe i przewidywalne. W porównaniu do serialu Black Sails dialogi wypadają naprawdę miałko. Postacie w większości są papierowe, czarno - białe, brakuje im głębi. Duńczycy wypadają karykaturalnie. Postaci kobiece są nijakie, pełnią rolę raczej ozdobników niż postaci popychających fabułę do przodu. Aktorkom też brakuje warsztatu. Postać królowej Iseult początkowo wydawała się ciekawa, niestety potencjał tej postaci także został zmarnowany w ostatnim odcinku.
SpoilerShow
W skrócie: straciła głowę :D
Główny bohater - Uhtred irytuje swoim uporem i bezmyślnym postępowaniem, przez co momentami jest komiczny. Irytuje szczególnie tym, że zmienia swoje kochanki jak rękawiczki. Nim się zdążymy przyzwyczaić do jednej on już ma następną. Tak jest praktycznie co odcinek. W następnym sezonie zapowiada się podobnie. Niewierność jest jego główną wadą. Wydaje się, że twórcy ilością jego romansów chcieli zakryć dziury w fabule. W rezultacie serial zaczyna przypominać telenowelę lub jakieś romansidło. Aktor wcielający się w Uhtreda jest przystojny i miło się na niego patrzy, ale brakuje mu charyzmy. Nauczyłam się jednak nie skreślać aktora na starcie, więc daję mu szansę i zobaczę jak rzecz ma się w drugim sezonie.
Kostiumy Anglo - Sasów może są adekwatne historycznie, czego nie można powiedzieć o kostiumach Duńczyków, które wydają się być zrobione z plastiku.
Uhtred chodzący w futrze i trzymający miecz na plecach też nie jest dobrym pomysłem. Cały czas miałam skojarzenia z Wiedźminem i Legolasem :D . Praca kamery i montaż są ogólnie dobre jak wspominałam wcześniej, z jednym wyjątkiem: sceny walk. Zastosowano technikę poklatkową i tzw. kamerę z ręki przez co nie ogląda się tego najlepiej. Jedynie ostatnia bitwa wywarła na mnie pozytywne wrażenie.
Z tym serialem mam problem. Nie wiem czy oglądać dalej: z jednej strony fajnie odwzorowane realia historyczne (oprócz niektórych kostiumów), muzyka, scenografia itd., z drugiej strony słaba fabuła i postacie. Chyba jednak zdecyduję się na drugi sezon ze względu na magiczny klimat, który przypadł mi do gustu i jestem ciekawa dalszej akcji. The Last Kingdom jest dość mrocznym serialem historycznym, więc najłatwiej mi byłoby go porównać do Black Sails. Mimo, że oba seriale mają zbliżoną ocenę na IMDb to powiedziałabym, że The Last Kingdom wypada w moim rankingu o kilka poziomów niżej od Black Sails. Muszę dodać, że nie oglądałam jeszcze Wikingów, żeby mieć lepsze porównanie, ale za ten serial zamierzam się zabrać w najbliższym czasie. Naprawdę nie wiem czy mogłabym polecić The Last Kingdom, musicie same się przekonać czy jest wart oglądania.
Ostatnio zmieniony śr 30 maja 2018, 00:03 przez Mystique, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Rezeda
Bajarz
Bajarz
Posty: 2105
Rejestracja: czw 14 sie 2014, 16:01
Lokalizacja: Śląsk

ndz 05 lis 2017, 15:17

Kto jeszcze nie oglądał, to niech koniecznie nadrobi serial Davida Finchera "Mindhunter", zwłaszcza jeśli lubicie kryminały, historie o morderstwach, itp.
Wolno się rozkręca ale jest znakomity - połknęłam w kilka dni. Plus nie ma epatowania brutalnością ani krwią.

Obrazek

Awatar użytkownika
Rezeda
Bajarz
Bajarz
Posty: 2105
Rejestracja: czw 14 sie 2014, 16:01
Lokalizacja: Śląsk

śr 24 sty 2018, 20:55

Gorąco polecam fanom serii "Czarne lustro" i nie tylko ;) - Czarne lusterko.
Obrazek

Awatar użytkownika
MalaOfelia
Kapitan
Kapitan
Posty: 856
Rejestracja: czw 14 sie 2014, 16:13
Lokalizacja: Gdańsk

śr 07 lut 2018, 20:13

Nowy zwiastun do 2 sezonu Jessici Jones

"You cannot, sir, take from me any thing that I will more willingly part withal—except my life, except my life, except my life."
Obrazek

Awatar użytkownika
Mystique
Plutonowy
Plutonowy
Posty: 143
Rejestracja: wt 26 sie 2014, 10:58
Lokalizacja: małopolska

śr 14 mar 2018, 19:52

Oj uzbierało się trochę tych obejrzanych seriali. Postaram się napisać w kilku zdaniach, które produkcje warto obejrzeć

The Loch i Retribution - oba to kryminały, w obu akcja dzieje się w Szkocji, oba podobne są do Broadchurch, w obu serialach panią detektyw gra Laura Fraser. Zapomniałam dodać że w drugim sezonie The Missing też grała panią detektyw. Gra dobrze, tylko mam nieodparte wrażenie, że w każdym serialu wciela się w tą samą postać. The Loch i Retribution to seriale poprawne, jednak bardziej ocierają się o seriale obyczajowe niż kryminały. W obu serialach denerwowało mnie namnożenie wątków, niektóre z nich były żywcem wyjęte z telenoweli (nieślubne dzieci itp.). Zarówno w jednym jak i w drugim serialu nie spodobało mi się naciągane zakończenie i absurdalność niektórych scen. W obu serialach były irytujące postaci. The Loch i Retribution to seriale dobre. Broadchurch było o niebo lepsze, w dużej mierze była to zasługa głównej pary detektywów, choć trzeba przyznać że i w tym serialu zakończenie pierwszego sezonu było także naciągane. Można obejrzeć te seriale, jak się nie ma nic lepszego do oglądania. Na plus mała ilość odcinków. Seriale ogląda się przyjemnie, ale szybko się o nich zapomina.

Alias Grace - to był dobry kryminał. Serial powstał na podstawie książki Margharet Atwood (samo to stanowi rekomendację). Genialna rola Sarah Gadon. Miała trudne zadanie wcielić się w tak skomplikowaną postać jaką jest Grace Marks. Idealnie podrobiła akcent z Irlandii Północnej, co nie jest łatwe. Trzeba przyznać, że z Grace jest niezła manipulantka. Sama dałam się wiele razy nabrać. Choć do końca nie wiadomo jak to z nią było. Wiele scen jest dwuznacznych. Klimat podobny do Ani z Zielonego Wzgórza, tylko kilka razy mroczniejszy. Piękne kostiumy, scenografia i muzyka. Utwór z czołówki zasługuje na nagrodę. Nie wiedziałam że Kanadyjczycy potrafią robić tak dobre seriale. Edward Holcroft jako dr. Simon Jordan wypadł znakomicie. Widziałam niesamowitą chemię w scenach pomiędzy nim a Grace. Niby nic się nie dzieje, a czuć wielkie napięcie. Warto obejrzeć ten serial, bo gra tam również Zachary Levi. Alias Grace wbił mnie w fotel, było tam wiele drastycznych scen. Nie spodziewałam się tego, bo przypuszczałam że będzie to bardziej serial kostiumowy niż kryminał. W ogóle podoba mi się połączenie serialu kostiumowego z serialem kryminalnym. Pierwszy odcinek mnie nie zachęcił, wydawał mi się przegadany, była znikoma akcja, ale im dalej tym lepiej. Kto jeszcze nie oglądał niech obejrzy koniecznie. Jeszcze przez kilka dni rozmyślałam nad tym serialem, snułam teorie na temat zakończenia. Alias Grace zmusza do myślenia.

Seven Seconds - dopiero obejrzałam sześć odcinków, więc na razie wstrzymuję się z ostateczną oceną. Seven Seconds klimatem jest trochę zbliżony do The Killing, scenariusz pisała ta sama osoba (da się to zauważyć w wielu scenach). Fanom tamtego serialu powinno się spodobać także Seven Seconds. Wydaje mi się że niektóre wątki są zbyt rozwleczone np. wątek rodziny ofiary. Serial niestety cierpi na wolne tempo i dłużyzny, nawet jest ich więcej niż w The Killing, co nie każdemu przypadnie do gustu. Szczególnie jest to widoczne w pierwszych odcinkach, porządna akcja zaczyna się od odcinka szóstego. Czegoś mi jednak brakuje w tym serialu, chyba więcej śledztwa w śledztwie, akcji i wyrazistych postaci. Postaci są trochę stereotypowe, jak pani prokurator która zapija smutki i niepowodzenia. Muszę jednak pochwalić aktorkę wcielającą się w tą rolę. Za to detektyw ,,Ryba'' Rinaldi stał się moim kolejnym, ulubionym serialowym detektywem. Polubiłam go od pierwszej minuty. Nie wiem co mnie tak pociąga w serialowych detektywach... :D Ryba ma sarkastyczne poczucie humoru, trochę jak Holder z The Killing, oprócz tego są kompletnie różni. Detektyw Rinaldi to najjaśniejszy punkt tego serialu. Michael Mosley jest błyszczy w tej roli. To jest kolejny serial, który oglądam głównie ze względu na parę głównych detektywów. Może to będzie jeden z moich ulubionych ekranowych duetów w serialu kryminalnym. Właśnie ostatnio szukałam kryminału z ciekawą parą detektywów, bo inne dobre seriale jak The Killing, Broadchurch i Most nad Sundem się skończyły. Tutaj też główni bohaterowie zestawieni są na zasadzie kontrastu. Szkoda, że mają tak mało scen ze sobą, mogliby mieć więcej. Podoba mi się, że postawiono na mało znanych aktorów. Praktycznie nikogo nie kojarzyłam z innych produkcji. Dobrze widzieć mało znane twarze. Wszyscy grają bardzo dobrze. Doceniam też scenariusz. Historia jest oryginalna, nie widziałam jeszcze podobnego pomysłu na kryminał. Mimo, że sprawcę wypadku znamy od pierwszej minuty, to i tak ogląda się ten serial z zaangażowaniem. Serial porusza także wątki rasowe i podziały w USA, bezkarność policji, niesprawiedliwość oraz walkę z systemem prawnym, który jest wadliwy, co niekiedy przypomina walkę z wiatrakami. Nic nie jest czarne lub białe. Serial jest raczej ciężki, zewsząd przytłacza nas poczucie beznadziei. Ja akurat lubię takie depresyjne seriale. Szkoda tylko, że Seven Seconds przeszło raczej bez echa. To kolejny niedoceniany serial, który widziało bardzo mało osób. Mam tylko jedną uwagę: czemu ten serial nie posiada czołówki?

Most nad Sundem sezon 4 - będzie mi brakować tego serialu...Wszystkie moje ulubione kryminały się skończyły. Czas poszukać czegoś nowego. Zakończenie mnie usatysfakcjonowało, nie mogłam sobie wyobrazić lepszego. Bardzo zżyłam się z bohaterami. Choć początek tego sezonu nie zapowiadał się zbyt dobrze, to następne odcinki wynagrodziły mi wszystkie niedogodności. Zagadka kryminalna była ciekawa. Chociaż poziom skomplikowania momentami mnie przerastał i się gubiłam. Na koniec wszystko ładnie się poukładało, jak w puzzlach. Wszystkie elementy do siebie pasowały. Zastanawiałam się czemu wcześniej nie wpadłam na to kto jest sprawcą morderstw, przecież to było takie oczywiste. W sumie to były prowadzone dwie sprawy. Udało mi się jednak odgadnąć pierwszego przestępcę. Dużo się działo w tym sezonie, szczególnie w życiu prywatnym pani detektyw. Saga wylądowała nawet na terapii. Szczególnie byłam ciekawa jak dalej rozwinie się relacja pomiędzy Sagą a Henrikiem. Shipowałam ich od początku :D Ciężko było się pożegnać z tymi bohaterami. Szczególnie smutno mi się zrobiło, gdy po raz ostatni zobaczyłam ujęcie tytułowego mostu nad Sundem. Będzie mi brakować mrocznego klimatu Malmo i Kopenhagi :cry:

ODPOWIEDZ